27 luty 2026

Św. Barbara wsunęła klingę - Zbigniew Nowak o ocaleniu w Halembie przed 20 laty

Dokładnie 20 lat temu, w poniedziałek 27 lutego 2006 roku o godzinie 9:27 w kopalni Halemba w Rudzie Śląskiej ratownicy wywieźli na powierzchnię Zbigniewa Nowaka – górnika, który przeżył w szczelinie 80 na 100 cm prawie pięć dni zasypany po tąpnięciu na poziomie 1030 m pod ziemią.

Do katastrofy doszło 22 lutego 2006 roku o godz. 18:30, gdy tąpnięcie zniszczyło 250 m chodnika. Przez ponad sto godzin bez przerwy, na zmianę ratownicy górniczy z pięciu stacji kopalnianych oraz zastępy z Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu w gorącej atmosferze ręcznie wybierali skały, torując wąski chodnik ratunkowy. Stężenie metanu nie pozwalało używać maszyn ułatwiających kopanie w rumowisku. Lampa Nowaka zgasła w trzeciej dobie, ale sygnał radiowy do końca wskazywał lokalizację zasypanego górnika. Uratował go pęknięty lutniociąg, który bez przerwy tłoczył powietrze.

W poniedziałek w nocy (27 lutego 2006 roku) ratownicy usłyszeli słaby głos: "Dajcie mi pić i jabłko". "Wtedy wstąpiła w nas jakaś nowa siła. Zaczęliśmy jak szaleni kopać małymi łopatkami, które mieliśmy przy sobie. Jak krety" - wspominał jeden z ratowników. Zbigniew Nowak sam zaczął dłońmi odgarniać skały, czołgał się w kierunku ratowników. Lekarze w sosnowieckim Szpitalu św. Barbary, dokąd przewieziono górnika, ocenili, że jest odwodniony, ma złamaną rękę, lecz obrażenia nie zagrażają życiu. Jeszcze ze szpitala Zbigniew Nowak przekazał kolegom z kopalni, że chce szybko wrócić. Postanowił jednak, że w trosce o rodzinę, aby oszczędzić najbliższym stresu, będzie pracował na powierzchni i nie zjedzie więcej pod ziemię.
Latem zeszłego roku uroczyście żegnano go, gdy odchodził na zasłużoną emeryturę.

W 20. rocznicę wydarzeń w Halembie zapytaliśmy Zbigniewa Nowaka, jak wspomina powrót do kopalni po katastrofie i przepracowane później lata. I jak radzi sobie na emeryturze?

– Łatwo wcale nie było. Ze względu na ludzi. Na szczęście teraz pamięć o tym wypadku już ucichła. Ale wcześniej było o nim głośno, więc ludzie mnie rozpoznawali. Pracowałem dalej jako metaniarz, tylko na powierzchni, chodziłem po zbiornikach, płuczce, gdzie też są punkty do mierzenia metanu. Na początku spotykałem się z dwoma reakcjami. Jedni podchodzili serdecznie, witali się, cieszyli, "Fajnie, że jesteś cały!". Ale od innych zdarzało się gdzieniegdzie słyszeć i złe słowa, że jestem uprzywilejowany, "Wielki górnik, a na dół nie zjeżdża" . Zdążyłem się przyzwyczaić. Jednym uchem wlatywało, drugim wylatywało.

Przeżył pan rzeczy, których nikt nie będzie mógł sobie wyobrazić. W takich razach mówi się czasem, że podarowano człowiekowi drugie życie. Czy to prawda?

– Tak, na pewno. Jak już wyszedłem ze szpitala, zauważyłem, że inaczej patrzę na świat. Jest trochę bardziej zielono, drzewa wydają się ładniejsze, ptaki lepiej śpiewają. Człowiek zaczyna bardziej doceniać to, co mógł stracić. Rozumie się, że życie trzeba szanować i mieć szacunek do tego, że tu jesteśmy. Pod ziemią czułem strach, ale bardzo starałem się wtedy nie myśleć, że może mi się stać coś złego. Próbowałem odsuwać złe myśli. Wiadomo, nie zawsze się to udawało. Najgorszy moment był wtedy, jak już ratownicy nawiązali ze mną kontakt głosowy. Przyszedł strach, żeby w tym momencie znowu nie tąpnęło... Nie dosyć, że mnie, to jeszcze chłopców by przycisło... Zacząłem odrzucać skały na prawo i lewo, czołgać się, żeby jak najszybciej wyleźć stamtąd…

Minęło 20 lat, a ciągle przypomina pan sobie tamte chwile. Czas nie leczy ran?

– Wie pan, gdzieś z tyłu głowy na pewno to tam siedzi. Na początku czułem strach. Musiałem spać przy zapalonym świetle, musiałem mieć przynajmniej dwie butelki wody do picia przy sobie. Jak schodziłem do piwnicy, to z zapaloną latarką, razem z córką, nigdy sam. Ale bardzo pomagały mi rozmowy z zatrudnionym w kopalni psychologiem Krzysztofem Kruszyńskim. Zachęcał „Opowiedz, jak to tam było”. Opowiadałem mu, wyrzucałem z siebie wspomnienia, ulewały się ze mnie, nie tłamsiłem ich w sobie. Inaczej w głowie mogłoby dojść do takiej kumulacji, że coś by strzeliło, pękło. Chyba dlatego ten okres po wypadku przeszedłem spokojnie, że właśnie mogłem się komuś wygadać. Żona z nikim obcym nie chciała rozmawiać. Żona miała paciorek i cały czas rzykała sobie. To był jej sposób na tą sytuację. Ja dużo rozmawiałem z psychologiem. Pomógł mi bardzo, do dzisiaj mamy kontakt, czasem spotykamy się na pogawędce.

W relacjach prasowych o akcji ratowniczej w Halembie opisano m.in., że kiedy ludzie powoli tracili nadzieję, pana córeczka zawołała, że tatuś na pewno żyje...

– Teraz córka ma prawie 26 lat. Czasem jak sobie powspominamy, to łza niejedna poleci. Młodsza córka nie może niczego pamiętać, ale starsza, która miała wtedy 6 lat, przeżyła zdarzenie właściwie nieludzkie… Żeby uspokoić córkę, żona opowiadała jej, że w kopalni pod ziemią święta Barbara wsunęła klingę między spąg a skały i zrobiło się takie bezpieczne pomieszczenie, w którym tata siedzi i czeka, aż przyjdą ratownicy. Dlatego córeczka, słuchając tego, co mówi jej mama, zareagowała w taki sposób, że powiedziała głośno "Tata żyje!".

Jak pan się czuje jako emeryt, mając dużo wolnego czasu?

– Cały czas spędzam z rodziną. Z żoną i córkami. Moim hobby na emeryturze jest tak naprawdę rodzina. Innego nie mam. Ja jestem dziwny chłop, bo niby ze Śląska, a tu ani grzyby, ani ryby, ani gołębie. Ogródka nie mam, gołębi też nie, bo w bloku nie wolno.

Gdyby miała pan syna, który w wieku 18 lat przychodzi i mówi, że chce pracować w kopalni. Co by mu pan doradził?

– Jest problem, bo widzi pan, co się dzieje z górnictwem. Gdyby była taka sytuacja, że na pewno dotrwa do tej górniczej emerytury po 25 latach, na pewno powiedziałbym "Synek, chcesz – idź!" . Bo jednak górnictwo uczy człowieka wielu rzeczy: szacunku, dyscypliny, więc, gdyby chciał, nie wybijałbym mu z głowy. Górnictwo nie jest złe. Wprawdzie za moich czasów straszyło się młodych "Ucz się, bo pójdziesz robić na gruba" , ale po latach człowiek rozumie, że nie było źle. Z ludźmi, chociaż dzisiaj są już inni niż kiedyś, też jeszcze można pogadać. W kopalni zawsze ma się pewność, że obojętnie który chłop, na kneflu czy na łopacie, zawsze przyjdzie i pomoże. Możemy się pokłócić, nawet dać sobie po pysku. Ale w sytuacji zagrożenia drugi górnik na 99 procent przyjdzie i pomoże. Gdy czekałem zasypany, wiedziałem, że ratownicy idą zawsze do końca. Obojętnie, co się stanie, wyciągną mnie. Nie dzisiaj, to jutro, pojutrze. To dawało nadzieję i siłę.

Często w prasie podkreślany jest szczegół, że uratował pana kopalniany telefon, którego obudowa stworzyła trochę pustego miejsca pod spodem.

– Przed tąpnięciem przeszedłem przez przecinkę, bo sprawdzałem tam urządzenie do przepływu powietrza, po drodze była krata, zmęczony oparłem się o nią i w tym momencie zadzwonił telefon. Nawet nie pamiętam czy go odebrałem czy nie. Wtedy pykło. Gdyby ten telefon nie zadzwonił, to ja bym dalej odpoczywał przy kracie. A potem jak tąpnęło, to tej kraty już w ogóle nie było. Wszystko zostało tam zmiażdżone do zera. Do dziś nie wiem, który dyspozytor wtedy zadzwonił, ale dzięki niemu żyję.

fot. Bożena Sieja | PGG S.A.; arch. Jakub Nowak | nettg.pl, Arkadiusz Gola | DZ